O łowickiej skrzyni cz 1

– Ej Wera, czemu właściwie ciotka zabroniła używać tego drugiego klucza?

– Nie wiem, nie powiedziała cemu. Ale powiedziała, ze pod zadnym pozolem…

– A jeśli ta skrzynia ma drugie dno i tam są jakieś skarby? – Kacperek był prawdziwie zaintrygowany.

– Jesteś stalsy ode mnie a wiezys w takie bajki o sksyniach z podwójnym dnem?! Kacpel….

– Nie Kacpeluj mi tutaj! Sprawdźmy tylko!

Opowiadanie o łowickiej skrzyni- cz. 1

– Do ciotki Kingi? – Zawołała rozczarowana Weronika. – No wiecie co… Psecies sami mówicie ze to dziwacka… – sepleniąca przez brakujące mleczaki 7- latka nie mogła zrozumieć swoich rodziców.

– I do tego jak ona wygląda! Jak czarownica jakaś! – Wtórował Kacperek

– Może i nie jest najpiękniejsza, i trochę dziwaczką faktycznie jest, ale serce ma dobre! – Odpowiedziała mama, która czuła się zobowiązana bronić swojej siostry.

Był lipiec, środek wakacji, rodzice wyjeżdżali na dwa tygodnie do rodziny do Francji, a dzieci niestety nie miały możliwości wyjechać na żadne kolonie i musiały zostać z kimś pod opieką. Sąsiedzi odpadali, gdyż od momentu gdy Kacperek nakrzyczał na ich psa, Ci obrazili się na całą rodzinę Okrasków. No ale Kacperek miał nie lada powód! Sąsiedzi mieli psa już od roku, a ten ciągle nie polubił ich rodziny i zawsze na nich szczekał. Więc pewnego razu, już nie taki mały, bo 8-letni Kacperek nakrzyczał na niego tak bardzo, że pies od tamtej pory gdy go widział kulił ogon i chował się do budy. Więc sąsiedzi odpadali. Wujo mieszkający niedaleko też, miał za dużo rzeczy na głowie by zająć się jeszcze dwojgiem rodzeństwa, i to przez całe dwa tygodnie. Została ciotka Kinga, która przez całą rodzinę była uważana za totalną dziwaczkę. Burza ciemnych, nieuczesanych włosów, zakrywających w połowie jej szpetną twarz, nadawała jej faktycznie wygląd czarownicy. Aż nie można było uwierzyć, że była rodzoną siostrą mamy Weroniki i Kacperka, która była przecież piękną, elegancką kobietą. Ciotka dziwaczka była starą panną, jednak legendy głosiły, że była kiedyś piękna i miała nawet narzeczonego. W to jednak dzieci uwierzyć nie chciały. Mimo tego mama miała rację, ciotka Kinga serce miała złote i poproszona o przysługę opieki nad dziećmi, zgodziła się od razu.

– Dzieciaki, nie marudźcie mi tutaj! Macie pół godziny na pakowanie i ruszamy! – Zarządził nieugięty tata.

Tata to jednak tata, miał posłuch u dzieci, więc choć z markotnymi minami, to Kacperek z Weroniką poczłapali do pokojów się spakować.

***

Ciotka Kinga mieszkała w niedużym mieście, jednak dla rodzeństwa, które żyło  na co dzień na wsi, była to metropolia. Miała duży dom, dużo za duży jak na jedną osobę. Sam dojazd do niego był już przygnębiający. Dom stał jako ostatni na ulicy Zielonej, której nawierzchnia pokryta była dziurami.  Ciotka dziwaczka bogata nie była i nie miała pieniędzy na remont , dlatego dom z zewnątrz odstraszał. Farba na ścianach odchodziła całymi płatami, a ogrodzenie było całkowicie zardzewiałe. W środku było lepiej, bardziej zadbanie, jednak cały dom był jakby w półmroku. Ciemne ściany, grube dywany i zasłony w oknach. Nawet firanki były na tyle grube, że mocne o tej porze roku światło słoneczne, słabo zaglądało do środka. Jednak nie to najbardziej nie podobało się dzieciom. Najbardziej przerażała je perspektywa spędzenia dwóch tygodni w towarzystwie ciotki dziwaczki, która nie lubiła prowadzić zbyt długich dialogów. Po kurtuazyjnym pytaniu jak radzą sobie w szkole, pokazała im pokój, w którym będą spać i wróciła do swoich robót.

– No to super trafiliśmy. Mam nadzieję, że te dwa tygodnie miną szybko…- Zaczął marudzić Kacperek

– Musimy wymyślić co by tu polobić pses ten cas. Tu nawet nie ma się w co bawić, ciotka zabawek nie ma… Ej a moze? Moze jednak gdzieś ma!- Młodsza od Kacperka o rok Wera była, podobnie jak brat, żywiołowym dzieckiem. Nie lubiła nudy, więc postanowiła od razu znaleźć sobie jakie zajęcie.

Wyszła z pokoju i zaczęła przeszukiwać inne pomieszczenia w domu ciotki. Szafy, szuflady, kosze… Wszystko było puste lub zawalone starymi rupieciami, które nie interesowały dziewczynki.  Zaangażowana w szukanie nie zważała co dzieje się wokół. Nie usłyszała gdy ktoś stanął za jej plecami. Dopiero po przeszukaniu ostatniej szuflady w jednym z pokoi zorientowała się, że jest obserwowana. Odwróciła się i zobaczyła ciotkę stojącą w progu i uważnie jej się przyglądającą. Mimo lekkiego uśmiechu na twarzy ciotki, jej ogólny wygląd przerażał, więc Weronika podskoczyła przestraszona.

– Nic się nie bój Werka, przepraszam, jeśli cię przestraszyłam. Czego tak zawzięcie szukasz? – zapytała z miłym, choć brzydkim, uśmiechem.

– Aaa… pseplasam ciociu, ze tak gzebę cioci… Sukałam tylko jakiś zabawek…

– Tu nie znajdziesz zabawek. Ale mam jedną skrzynię w swoim pokoju, w której mam trochę zabawek jeszcze ze swojego dzieciństwa. Na pewno nie są one tak niesamowite jak te, które macie dziś, ale myślę, że mogą Ci się spodobać. Choć, zaprowadzę cię!

Zdziwiona uprzejmością ciotki Wera potuptała za nią do jej pokoju. Za łóżkiem ciotki znajdowała się piękna, wielka skrzynia ozdobiona wzorami łowickimi.

– Skąd ciociu to mas?

– Nie wiem czy wiesz, ale rodzina Twojej mamy pochodzi z Łowicza. Kiedyś odziedziczyłam po swojej prababci tę skrzynię. Ona trzymała w niej stój łowicki, ja teraz traktuję ją jako schowek na zabawki z dzieciństwa. Tylko słuchaj uważnie. Mam do niej dwa klucze. Jeden jest oznaczony czerwoną wstążką. Jego nie ruszaj pod żadnym pozorem. Otwieraj tym który nie ma wstążki. Dobrze? Będziesz pamiętać?

– Ocywiście! Dziękuję ciociu!– Zawołała podekscytowana Wera, sięgnęła po klucze i zabrała się za otwieranie skrzyni. Nie było to wcale łatwe zadanie. Stary zamek nie chodził gładko, więc po nieudanych próbach Wera zawołała Kacperka.

– Tylko musis otwozyć tym bez wstąski!- Zaznaczyła.

– Czemu niby? Przecież to te same klucze, nie mądrz się mała, tylko się ciesz, że Ci pomogę. – zirytował się pouczeniem młodszej siostry Kacperek.

– Moze i te same, ale to ciocia plosiła!

– Ooo, to już ciocia Kinga, a nie ciotka dziwaczka? Co ona ci zrobiła, że nagle taka miła dla niej jesteś?

– No bo ona jest jednak całkiem spoko… Oj tam posłuchaj jej i tyle.

Mimo wszystko Kacperek nie pragnął podpaść ciotce, więc posłuchał Wery. Z trudem, ale udało mu się otworzyć skrzynię. Jednak zabawki, które w niej znaleźli nie były zachwycające. Kilka pluszaków, lalki porcelanowe, stare drewniane klocki… Posmutniała Wera wyjęła szmacianą lalkę i spojrzała w jej puste oczy.

– To bez sensu. Myślałam, ze znajdziemy tu chocias klocki Lego…- Zaczęła marudzić Wera, zamykając skrzynię z powrotem na klucz.

– Ej Wera, czemu właściwie ciotka zabroniła używać tego drugiego klucza?

– Nie wiem, nie powiedziała cemu. Ale powiedziała, ze pod zadnym pozolem…

– A jeśli ta skrzynia ma drugie dno i tam są jakieś skarby? – Kacperek był prawdziwie zaintrygowany.

– Jesteś stalsy ode mnie a wiezys w takie bajki o sksyniach z podwójnym dnem?! Kacpel….

– Nie Kacpeluj mi tutaj! Sprawdźmy tylko!

Wyskoczył szybko na korytarz i upewnił się, że ciotka się nie zbliża. Wziął do ręki klucz z czerwoną kokardką i wsadził do zamkniętej skrzyni. Znów z trudem, ale w końcu udało się przekręcić. Otworzył pokrywę i zaniemówił ze zdziwienia. Wyraz twarzy jego siostry był identyczny. Z otwartymi buziami spoglądali raz po raz na siebie i na wnętrze skrzyni. To co było w skrzyni to nie żadne skarby, nie inne rupiecie, ale… schody. Schody prowadzące na dół, nie wiadomo dokąd. Wyglądało jak tajemne przejście do piwnicy, ale gdy zajrzało się głębiej, nie widać było końca białym, spiralnym schodom. A co najdziwniejsze, z dołu dochodziły promienie słoneczne. W piwnicy ciotki nie było okien, więc skąd to światło?

Bez słów, wymieniwszy tylko porozumiewawcze spojrzenia,  Kacperek z Werą weszli po kolei do skrzyni i zaczęli schodzić schodami w dół. Szli długo, a wokół nich robiło się coraz jaśniej i jaśniej , a z dala zaczęła dochodzić do nich spokojna muzyka. W pewnym momencie schody się urywały. Jednak nie było przepaści, trzeba było wygramolić się przez dziurę, z której to dobiegały promienie słoneczne i muzyka. Dziura nie była duża, dorosły człowiek miałby problem, by przez nią przejść, jednak dla dzieciaków nie był to duży kłopot.

– Psechodzimy pses tę dziulę?- Wera spojrzała pytająco swoimi dużymi błękitnymi oczami na brata. Do tej pory schodzili w milczeniu, teraz jednak byli na tyle daleko od skrzyni, że mogli rozmawiać bez lęku, że ciotka z domu ich jeszcze może usłyszeć.

– Co to za pytanie w ogóle?- zirytował się ponownie Kacperek. Przepchnął siostrę na bok i wygramolił się przez dziurę. Weronika podążyła za nim.

Stanęli na rozległej zielonej łące znajdującej się na wzgórzu. Dziura okazała się otworem w jednej ze skał znajdujących się tutaj.  Jednak spoglądając w górę nie widać było żadnych schodów… Musiało to być zaczarowane tajemne przejście! Ale dokąd? Gdzie oni właściwie dotarli?

– Kacpel… Gdzie my jesteśmy? Może wracajmy stąd… – Zaczęła niepewnie Weronika. Choć trochę się bała, to wypowiadając te słowa wcale nie zamierzała się wycofać z tego pięknego świata, który właśnie odkryli. Za nic nie wróciłaby teraz do szarego i ponurego domu ciotki Kingi!

– Nie wiem Wera, ale czuję, że zostaniemy bohaterami! Odkryliśmy nowy świat! Będą o nas książki pisać i filmy tworzyć. Tacy będziemy sławni jak te dzieci z Narnii, zobaczysz.

Wizja sławy nie zrobiła na młodziutkiej Weronice wrażenia. Była podekscytowana wszystkim dookoła i już szykowała się do zbiegania z zielonego wzgórza, gdy rozsądek Kacperka przywołał ją do porządku.

– Lepiej zostawmy tu jakiś znak, jak będziemy chcieli wrócić do ciotki, żeby wiedzieć, gdzie jest ta nasza dziura.

Nie mieli ze sobą nic, więc przed otworem skalnym wyryli w ziemi strzałkę i pobiegli przed siebie. Dobiegli do skarpy z której rozciągał się widok na całą krainę. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widzieli. Ich wzgórze było pośrodku wielkiego, nie kończącego się morza chmur. Takich gęstych białych, pierzastych obłoków. Na tym morzu gdzieniegdzie były wyspy. Ich wzgórze również było jedną z takich wysp. Każda z wysp była inna, i choć nie dało się dostrzec co dokładnie się na nich znajduje, to dzieci widziały, że niektóre wyspy były zalesione, na niektórych można było dostrzec ruiny, na niektórych piękne ogrody, a jeszcze inne były zupełnie łyse. Nie wiadomo było tylko jak przedostać się z wyspy jednej na drugą. Schodząc dalej w dół wzgórza na trafili na  ogromny głaz, którego trudno było nie zauważyć na czystej nie zalesionej łące. Rodzeństwo podeszło do niego. Na froncie był napis, którego nie potrafili odczytać.  Zaczęli we dwójkę dokładnie oglądać głaz w poszukiwaniu innych wskazówek jednak nic poza tajemniczymi napisami nie znaleźli. Zdziwieni i lekko zawiedzeni planowali wrócić do domu ciotki i tam wypytać ją. Skoro miała klucz do tajemnego przejścia, to może wie coś więcej i podpowie im co oznacza ten napis? Gdy się odwrócili zdali sobie sprawę, że jednak powrót do domu że nie będzie taki prosty…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s