Pierwszy autostop w życiu cz.2

– Boże… dziewczyny, nie mam portfela… – Te słowa ledwo przeszły mi przez gardło.  

– Jaja sobie robisz? – Spytała naiwnie Gosia. Byłoby faktycznie cudownie, gdyby były to tylko żarty.  Póki żyłam w nieświadomości, wszystko było spoko, ale teraz, gdy chcąc zrobić zakupy, zorientowałam się o tym masakrycznym fakcie, poczułam się jak bezradne dziecko. Nie o pieniądze chodziło, ale o dokumenty! Podróżować za granicą bez żadnego dokumentu?

– Ale co? Jak to? Ktoś Ci ukradł? Zgubiłaś?- Dopytywały zszokowane dziewczyny

– Zostawiłam w autokarze w Paryżu…– Tak właśnie się stało. Przez nasz pośpiech w podejmowaniu decyzji i roztrzepanie związane z tą sytuacją, zupełnie zapomniałam o małym podręcznym plecaczku, który został na moim siedzeniu w autokarze. – Teraz to on już pewnie jest w Polsce… A ja we Francji.

 

Działo się to jeszcze podczas pobytu u Pani Marii pod Paryżem. W cz.1 mojej opowieści zapomniałam o tym bardzo ważnym fakcie z naszej podróży.

I to ważnym dlatego, że była to jedna z pierwszych lekcji, które otrzymałam w życiu, że nawet z najgorszych tarapat można się wydostać, szczególnie, gdy ma się prawdziwych przyjaciół i dobrych ludzi wokół siebie. Musicie sobie wyobrazić moje przerażenie.Już wyobrażałam sobie, jak przy pierwszej lepszej kontroli jestem wzięta za nielegalnego imigranta i… i w sumie nie wiedziałam co dalej mogłoby się wydarzyć. W każdym razie bałam się okropnie! To był też jedyny raz, gdy żałowałam, że zostałyśmy na tego stopa, że nie pojechałam z drużyną z powrotem do Polski, jak wszyscy normalni ludzie.

Na szczęście moje zmartwienia nie trwały długo! Razem z Panią Marią poszłyśmy do urzędu, gdzie gdyby nie ona, to byśmy się nie dogadały, bo po angielsku nie szło się z nimi porozumieć. Wydali mi jakiś papierek, który miałam nosić cały czas przy sobie, a pieniądze pożyczały mi dziewczyny. Choć potem każdą granicę przekraczałam z duszą na ramieniu, czy na pewno taki świstek załatwi sprawę, to wierzyłam, że mając przyjaciół obok, wszystko będzie dobrze.

***

DSC06838

Początek kolejnego dnia nie zwiastował żadnych problemów. Rozpoczął się cudownie, jak taki idealny autostopowy  dzień. Ciepłe śniadanko w paryskim  mieszkanku i w miłym towarzystwie, potem wywiezienie nas na (w końcu!) świetne miejsce do łapania stopa, no i nowe znajomości z dwójką przystojnych chłopaków- innych autostopowiczów, z którymi miło spędziłyśmy czas oczekiwania. Potem szybkie złapanie stopa i to samochodu jadącego, jak się okazało, w to miejsce, w które chcieli dostać się nasi przystojni koledzy. Ale kierowcę tak urzekły nasze błękitne mundury, że nie mógł się oprzeć i zabrał nas, mimo że w trójkę ciężko było nam się zmieścić do jego samochodu.

Potem kolejny stop- dziadek, który cieszył się, że może nam pomóc i kupił dla nas croissanty na stacji benzynowej. Kochane starsze małżeństwo, które jechało do Marsylii nad morze na wczasy i proponowało nam byśmy jechały z nimi…

DSC06845

I wszystko szło tak pięknie… do czasu. Utknęłyśmy na stacji benzynowej tuż przed granicą ze Szwajcarią, do której skrycie liczyłyśmy tego dnia dotrzeć widząc naszą dobrą passę tego dnia. Ale utknęłyśmy na maksa. Mało kto się zatrzymywał, a jak już ktoś chciał nas zabrać, to miał za mało miejsca, by zabrać całą naszą trójkę. Po pierwszej godzinie oczekiwania zaczęłyśmy śpiewać cały harcerski repertuar jaki miałyśmy w głowach. Po kolejnej godzinie zaczęłyśmy tańczyć do tych piosenek. Wtem nadjechał samochód. Duży, fajny samochód. Kierowca uchylił szybę i zaczął coś mówić do Oli. Wszystkie porwałyśmy się w radości, że w końcu! W końcu ktoś się zlitował. W końcu chcą nas zabrać! Ola podbiegła do szyby by pomówić z kierowcą. I wtedy wydarzyła się najdziwniejsza sytuacja, jaką widziałam na stopie. Kierowca mówiąc coś niewyraźnie do Oli wystawił rękę przez szybę i podał jej torebkę ze śmieciami. Zaskoczona Ola zrobiła pytającą minę, więc kierowca palcem wskazał jej najbliższy kosz na śmieci i … z piskiem opon odjechał.

– Co za cham! – tylko tak byłyśmy w stanie skomentować sytuację. Zrezygnowane i obdarte z entuzjazmu siadłyśmy przy plecakach. Choć później się z tego śmiałyśmy, to w tamtym momencie to zdarzenie było dla nas tak przykre, że chciało nam się płakać. Rozczarowane i zmęczone długim czekaniem na słońcu straciłyśmy ochotę na rozmowę. Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a my nie miałyśmy pomysłu, gdzie mogłybyśmy przespać dzisiejszą noc. Wyjęłyśmy różańce i zaczęłyśmy się modlić. Z każdym „Zdrowaś Mario” nowa otucha wlewała się w nasze serca. Już nie martwiłyśmy się tak bardzo tym, co nas czeka. Nawet spędzenie nocy na parkingu przy autostradzie nie wydawał się nam już takie straszne. Ale na szczęście okazało się, że nie to było nam pisane

Obok nas przejechał samochód, który minąwszy nas zaczął robić dziwne manewry.

– Zatrzymuje się czy nie? Zatrzymuje? A nie… A tak! Wołają nas! Ale czad!- Skakałyśmy z radości i czułyśmy, że tym razem się nie zawiedziemy.

– Girls, you have beautiful uniforms! – Skomplementowało nasze mundury małżeństwo, które jechało tym samochodem. Widocznie tego dnia musiałyśmy mieć jeszcze w miarę czyste mundury, bo w kolejnych dniach już takich komplementów nie otrzymywałyśmy. Para bardzo przejęła się naszą sytuacją. Okazało się, że jadą w zupełnie innym kierunki, jednak nie mieli serca, by przejechać obok nas obojętnie. Mężczyzna prowadził, a jego żona zagadywała do nas, jakie mamy plany, skąd i kim jesteśmy.

– We know one camping near highway and near the boarder of Switzerland. And we can drive you there. Is it ok for you?- Zapytała pani żona.

– Yeeeeeees! Thank you!!!!!- zawołałyśmy chórem. Byli jak zesłani z nieba. Jak tacy ludzcy aniołowie stróżowie. Choć było późno, a oni jechali w zupełnie innym kierunku, to poświęcli nam sporo czasu, zawieźli nas na camping, który faktycznie znajdowało się tuż przy granicy ze Szwajcarią, więc nasz cel prawie został osiągnięty. Sprawdzili czy wszystko gra i odjechali dopiero, gdy byli pewni, że jesteśmy bezpieczne.

Byłyśmy wzruszone, jednak na rozczulanie się w tym momencie nie było czasu. Było już bardzo późno i ciemno, więc założyłyśmy czołówki na głowy i przy ich świetle znalazłyśmy wolne miejsce na campingu. Szybko rozwiesiłyśmy plandekę i wymościłyśmy sobie miejsca na karimatki. Już chciałyśmy iść pod prysznice się wykąpać, gdy usłyszałyśmy za sobą ciężkie kroki i ujrzałyśmy światełko latarki zbliżające się do nas.

– Ej… Może w złym miejscu się rozbiłyśmy?- Zaczęłam się głośno zastanawiać. Zamarłyśmy w lekkim przestrachu, bo to jednak noc, więc po co tu ktoś do nas idzie.Światło latarki się zatrzymało jakieś 10 metrów od nas

– O! Pardon! Sorry! – Odezwał się starszy głos zza latarki. Okazało się, że to pan z namiotu obok, wysłany przez żonę by sprawdzić, co to za hałasy dobiegają. Widząc 3 młode dziewczyny trochę głupio mu się zrobiło i zaproponował pomoc. Rozbawiło nas to, że zostałyśmy wzięte na nocnych rzezimieszków. Nie potrzebowałyśmy pomocy, więc podziękowałyśmy mu, wykąpałyśmy się i położyłyśmy w śpiworach.

DSC06852

Pamiętam, że mimo ogromnego zmęczenia, to jeszcze przed snem pomodliłyśmy się za naszych wybawicieli z tego dnia, a potem snułyśmy rozmyślania nad tym, jak potoczy się jutrzejszy dzień. W końcu, wycieńczone całym dniem, z pierwszymi przygodami autostopowymi zapisanymi na kartach naszych wspomnień, gdzieś na campingu przy szwajcarsko- francuskiej granicy –zasnęłyśmy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s