Pieprz w jednym oku, czyli szczęście w nieszczęściu

gip

Wczoraj wpadł mi do oka pieprz! I nie to, że troszkę. Cała chmura pieprzu z torebki wefrunęła w sam środek mojego lewego oka! O ludzie, jak piekło! Myślałam, że już na zawsze będę ślepa na jedno oko. Na szczęście po jakiejś godzinie wypłakiwania, oko jako tako znów widziało. I to pozornie niefajne zdarzenie nasunęło mi kilka myśli o tym, tak zwanym „szczęściu w nieszczęściu”. No bo przecież mógł mi ten pieprz do dwojga oczu wlecieć i musiałabym po omacku się ratować! Tego odkrywania szczęścia w nieszczęściu mam w swoim życiu całą masę! Moi rodzice mają mocne nerwy, znosząc wszystkie me życiowe wpadki, niepowodzenia i tarapaty, z których nie raz musieli mnie ratować. Aktualnie mój narzeczony przejmuje tę rolę i powoli wychodzi z zadziwienia, ile wpadek na dzień można odwalić. Muszę przyznać, że ma do tego sporo cierpliwości! Ostatecznie zawsze te tarapaty kończą się w najgorszym wypadku tylko dużą dawką stresu, jednak przy KAŻDEJ takiej przygodzie ZAWSZE pojawia się to tzw. szczęście w nieszczęściu, które czegoś mnie uczy.

O szczęściach w nieszczęściach mogłabym Wam opowiadać godzinami. O tym, jak to policja musiała wkroczyć do akcji, gdy naprawdę niechcący chciałam przewieźć gaz pieprzowy przez bramki na angielskim lotnisku, jak o północy przypadkiem dojechałam pociągiem do nie swojej miejscowości, czy jak straciłam telefon pod kołami samochodu… Jednak jest pewna historia, którą szczególnie chciałam się z Wami podzielić, bo ta pozornie beznadziejna sytuacja uratowała mnie, być może, nawet z depresji, a przy okazji dużo nauczyła.

Działo się to już ponad 2 lata temu. Przechodziłam wtedy bardzo ciężki czas, na wielu najważniejszych płaszczyznach życiowych zupełnie mi nie szło, a dodatkowo moje studia dawały mi wtedy mocno w kość. Codziennie myślałam o tym, by je rzucić, bo nie dawałam rady. Mimo że ciągle walczyłam, to i tak narobiłam sobie strasznych zaległości i pod koniec semestru stwierdziłam, że jeden przedmiot- Geodezję Inżynieryjno-Przemysłową, zupełnie sobie oleję i zostawię na poprawę w kolejnym roku. Chodziłam na ćwiczenia z GIPu, ale nie robiłam projektów, bo nie starczało mi na to czasu. Na ostatnie ćwiczenia, na których miało być kolokwium, nie przyszłam już wcale, bo po co? „I tak nie umiem nic, a chociaż będę godzinę do przodu z nauką na coś innego” – myślałam. Pamiętam, że siedziałam w mieszkaniu próbując się uczyć, aż tu nagle zadzwonił telefon.

– Marcela, przychodź tu! – to Magda z mojej grupy. Pewnie myślała, że zaspałam na kolosa, albo coś.

– Nie Magda, ja nie idę na tego kolosa, bo…

– Ja wszystko wiem – przerwała mi. – Przychodź za godzinę, do kolejnej grupy, damy Ci pytania i napiszesz.

– Dzięki, ale wiesz, ja i tak nie przejdę tego GIP-u, bo projektów nie robiłam, a za dwa dni jest deadline na wszystko…

– Wiem, wszystko wiem, spoko, my już tu się podzieliliśmy w grupie, kto robi dla Ciebie który projekt. Ty tylko tę godzinę spinaj tyłek, poucz się ile możesz i przychodź pisać tego kolosa!

Tyle było rozmowy, ale pamiętam ją do tej pory. Zrobiło mi się tak ciepło na sercu, czułam taką ogromną wdzięczność… I nie wiem jak to możliwe, ale fakt, że kolosa zaliczyłam. Czy to przez tę godzinę udało mi się tyle do głowy wepchnąć, czy coś pamiętałam z zajęć, nie wiem już tego teraz. Ostatni zrobiony projekt wysłałam godzinę przed deadlinem i zaliczyłam ten przedmiot… Ale zaliczenie przedmiotu było w tym wszystkim najmniej ważne. Pewnie nawet Magda nie spodziewała się, ile życia we mnie wlała. Ona i wszyscy inni, którzy pomogli mi w tych projektach. Zdałam sobie wtedy sprawę, że jestem dla kogoś ważna, że moje problemy nie są dla innych obojętne. Tamten semestr udało mi się zaliczyć całkowicie w pierwszym terminie. Nie wiem jak. Ja uznaję to za cud. Ale najważniejsze to, że w końcu odżyłam. Mimo tego, że problemy jakieś nadal mi towarzyszyły (i towarzyszyć z pewnością będą całe życie), to jednak zaczęłam znów cieszyć się z życia! I tak sobie myślę, że my często nie zdajemy sobie sprawy, ile dobra możemy zdziałać tym, że zwyczajnie zainteresujemy się czyimś problem i pomożemy mu sobie z nim poradzić. Tamto szczęście w nieszczęściu było dla mnie ogromną lekcją- tego, żeby nigdy się nie poddawać, walczyć do końca, ale też tego, że sama jako przyjaciółka, koleżanka, czy zwykła znajoma, mogę zdziałać bardzo wiele dla innych swoją empatią.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s